Przejdź do głównej treści

Imieniny:


RAZEM

Średzianie w podróży dookoła świata. Brazylia w czasie zarazy

Epidemia jest przeszkodą, ale nie barierą przed dalszą drogą. Z Sao Luis po 40 dniach stania w błotach Mariniao – południowego dorzecza Amazonki, ruszam dalej na południe Brazylii.

Zgłoś niewłaściwą reklamę w jej menu > ⋮ trzy kropki
Zgłoś niewłaściwą reklamę w jej menu > ⋮ trzy kropki

Lekko nie było, bo to trasa pod wiatr, pod falę i prąd oceaniczny. Wiatry z południa i z południowego wschodu powodują powstawanie długich fal, które w tym okresie atakują wybrzeża Brazylii. I po takim akwenie musi się przemieszczać Venator z samotnym żeglarzem.

Jest pora deszczowa. Szuwa-deszcz tropikalny nie przypomina naszych deszczowych dni. Tu z nieba walą się tony wody. Nie widać nic wokoło, a ruch kuterków rybackich jest intensywny.

Po 5 dniach żeglugi muszę stanąć na kotwicy. Potrzebuję kilku godzin snu. Staję przy Camarone, niedaleko Fortalezzy. W nocy piraci, których widziałem wieczorem niedaleko odcinają mi amortyzator od liny kotwicznej. Ze zmęczenia nie słyszałem, że łańcuch wyrwał windę kotwiczną z pokładu. Połamany korpus aluminiowy i dziury w pokładzie. Wybieram ręcznie łańcuch i uciekam na pełnym gazie widząc nad ranem tę samą lodź. To piraci. Ostatnio nie ma dnia, aby jakaś jednostka nie została zaatakowana. Moi brazylijscy przyjaciele, Barabara i Leo, stracili maszt w trakcie powrotu z Karaibów. Wypłynęliśmy prawie razem z Sao Luis i oni zostali napadnięci pod Fortalezzą przez pięciu bandziorów z maczetami. Zabrali im kasę, elektronikę.

Ponownie po dwóch dniach muszę uciekać przed kutrem piratów. Jest wysoka fala i gdy włączam 100-konny silnik z żaglem nie mają szans. Od tygodni na pokładzie mam przygotowane dwie kusze, maczetę dużą i małą, 2 butelki z benzyną. Tak na wszelki wypadek.

Z wytchnieniem zakotwiczyłem w Natal. Miałem sporo napraw - miedzy innymi windy  kotwiczej. Wyciąganie łańcucha ręcznie to okropna robota. Czasem nawet niewykonalna – jacht waży 18 ton.

Poznaję tam sympatyczna rodzinkę z RPA. Przypłynęli do Natal, aby starać się o azyl w Brazylii. W ich kraju biali mają problemy z pracą. W zasadzie jej nie mają ...Dziwne, co ..?

Wspomagamy się w tych trudnych czasach. Poznaję też wielu sympatycznych ubogich Bazylianów. Popijamy razem cachiasę. Pomagają mi w znalezieniu potrzebnych materiałów i mechaników. Trzeba pamiętać, że generalnie wszystko jest zamknięte. Aby dotrzeć do odpowiedniego sklepu trzeba wiedzieć, że tam jest. I zastukać. I przekonać, żem nie policjant a Polonese. Ot taki folklor.

Po tygodniu ruszam dalej na południe. Do Recife. To niebywale trudny odcinek. W deszczu, mgle i silnym wietrze. Autopilot nie trzyma. Brak ładowania baterii, bo nie ma słońca. Muszę podpierać się silnikiem. Ale śruba za często jest bez wody, gdy spadam z fali. Ostatnio też trzyma się burty rekin. Udaje, że go nie interesuję, ale czeka aż wypadnę. Znów muszę zakładać szelki w nocy. Kiedy wreszcie płynąc na silniku wchodzę do rzeki w Recife, widzę już spokój przy kei i mały drink z cachiasy. Niestety. Muszę stanąć na kotwicy i nie wolno mi przybijać nawet pontonem do kei. Podobno obcokrajowcy roznoszą bakterie i wirusy.

Doczekaliśmy się, co? Przesypiam nockę na kotwicy i wreszcie parę godzin regeneracji. Rano ruszam do mariny miejskiej. A tam też niespodzianka – wypierd... motorówka, która wypłynęła kazała mi zawracać. Jeszcze tak nie było, aby ludzie morza takie rzeczy robili innym. To katolicy, więc po pewnym czasie dociera do mnie, że to tak po chrześcijańsku. Na co dzień modlą się do Jezusa, ale obcy to wrogowie. Jeszcze niedawno u nas też tak potraktowaliśmy uchodźców. Bo roznosili wirusy...

Dopiero trzecie miejsce i ostatnie, marina iate club Recife pozwala mi stanąć na kotwicy. Za free pracownicy pomagają przy załatwianiu spraw, naprawy. Charles z biura obwozi mnie swoim motorem po mieście, gdy szukam banku, z którego mogę podająć gotówkę. To nie taka prosta sprawa. Stawia mi obiad i absolutnie nie biorą ode mnie zapłaty. Jestem samotnym żeglarzem i oni mi pomogą z tego względu. Gdy idę swoją portową biedną dzielnicą słyszę pozdrowienia – buon gia Polonese. Miło, co? Miejscowi przy szklaneczce cachaiasy mówią, że przy moście polują gangusy. Mam brać taxi, bo mnie ograbią. Rząd nie płaci socjalu, zakazał pracy i wykonywania usług – jakoś muszą żyć... Napadnięto nawet panią Hanię Zborowską – honorową konsul w Fortalezzie.

Za dwa dni płynę dalej. Jeszcze tankowanie i zakupy w sklepie żeglarskim, ale to też po kryjomu...

Pozdrowienia dla średzian oraz koleżanek i kolegów z Parapolu!

Kapitan Tadeusz Staniul

Aktualizacja: 11.06.2020 | 10:47
  • Zobacz poniżej galerię do artykułu
Udostępnij ten tekst na:
Zgłoś niewłaściwą reklamę w jej menu > ⋮ trzy kropki
Obserwuj nasze profile

i nie przegap żadnych lokalnych wydarzeń.

© Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie materiału w całości lub w części bez zgody autora jest zabronione. Cytowanie fragmentów dozwolone wyłącznie z podaniem źródła [CC BY].


GALERIA

ZOBACZ RÓWNIEŻ

ARTYKUŁY PARTNERÓW

REKLAMA LOKALNIE
Miejsce na Twoją reklamę
tel. kom. +48 500 027 343
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.